![]()
|
||||||||||||||
---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|
|
Misja Gibraltar 2010 – Turystycznie.
Londyn 22.05.2010.
Szanowni Czytelnicy portalu żeglarsko/historyczno/turystycznego Pogoria.org. Nasza wyprawa, już niestety za nami. Spędziliśmy na Gibraltarze blisko cztery dni, które wypełnione były zwiedzaniem, poznawaniem, oglądaniem, spotkaniami i odkrywaniem. Ten wypełniony do granic możliwości czas, zaowocował zebraniem kapitalnego materiału, który w kilku częściach pozwolimy sobie zaprezentować na łamach naszej strony. W tej pierwszej części chciałbym się skupić na aspektach turystycznych. Jest to ważne tym bardziej, że w czasie naszych przygotowań spędziliśmy wiele czasu na wertowaniu przewodników, map i opisów miejsca. Uwaga! Nie spotkaliśmy się z dokładnymi materiałami przewodnikowymi w języku polskim! Zatem informacje zawarte w tym materiale będą mieć kapitalne znaczenie dla osób, które chcą w nasze ślady podążyć.
Założeniem naszej wyprawy było, spędzić jak najwięcej czasu w Gibraltarze. Niemniej jednak hotel, z uwagi na koszty zabukowaliśmy po stronie hiszpańskiej. Nie przedstawiało to jednak żadnych utrudnień poza koniecznością noszenia ze sobą paszportu w celu przejścia granicy. Uatrakcyjniło to jedynie nasz pobyt, gdyż zaliczyliśmy dwa kraje. Oczywiście jedynie z formalnego punktu widzenie, gdyż w Hiszpanii tylko nocowaliśmy, a cały pozostały czas spędzaliśmy na 6 kilometrach kwadratowych brytyjskiej posiadłości nad Morzem Śródziemnym.
W pierwszej chwili naszego pobytu na Gibraltarze, mieliśmy złudzenie, że wcale nie opuściliśmy z Londynu!? Na przejściu granicznym wita nas uśmiechnięty policjant w angielskim mundurze z charakterystycznym hełmem. Obok biało czerwonej flagi Gibraltaru, wszędzie brytyjski Union Jack. Przy ulicach bankomaty największych angielskich banków, a obowiązująca waluta to oczywiście funt szterling. Nawet to, że oprócz języka angielskiego gęsto słychać hiszpański, nie czyni tego miejsca odmiennym od wielokulturowego Londynu. Trzeba było chwili, by wyczuć ten swoisty klimat zamorskiej, śródziemnomorskiej kolonii Korony Brytyjskiej. Która choć mogła uzyskać niepodległość, to wolała utrzymać panowanie Królowej Elżbiety II. I właśnie ten klimat sprawie, że Gibraltar stał się oczywistym kurortem wypoczynkowym, dla Brytyjczyków, ale i nie tylko. Myśmy znaleźli tu wszystko! Kapitalną przyrodę. Wspaniałą wodę. Szlak historycznych miejsc związanych z pobytem polskiego Wodza Naczelnego i premiera RP gen. Władysława Sikorskiego. Skałę, która aż przytłacza swoim ogromem i miasto jako niezdobyty przez wroga bastion obronny. Czego można jeszcze chcieć?
Śródziemnomorska roślinność Gibraltaru, zrobiła na nas kolosalne wrażenie. Był to nasz pierwszy raz w tak zwanych „ciepłych krajach”. W hotelu nie było kaloryferów, w parku spacerowały pawie, a przy drodze rosły prawdziwe palmy i pomarańcze. Wszystko, to było dla nas nowe. Staraliśmy się dokładnie oglądnąć każde drzewko, krzew i kwiat. Przecież do tej pory, taką roślinność widzieliśmy jedynie w egzotarium, lub na filmach niezapomnianego Tonego Halika. Zaparły nam dech w piersiach urwiska porośnięte aloesem, który w Polsce uprawiany jest jedynie w doniczkach. Wracajmy jednak do zwiedzania i turystycznych rad.
Oczywiście pobyt w Gibraltarze musi nieodzownie zawierać zdobycie skały, czyli The Rock of Gibraltar. Są trzy możliwości zdobycie szczytu. Pierwsza to oczywiście piesza wędrówka. Pomysł przedni, ale ma pewne ograniczenia. Pomimo, że szczyt umieszczony jest niewiele powyżej 400metrów, to podejścia są niesamowicie strome. Ponadto szlak pieszy wije się całymi kilometrami, co zabiera ogromną ilość czasu. Trzeba pamiętać, że sama skała The Rock, jest rezerwatem przyrody! Nie można tam poruszać, się nie oznakowanymi przejściami. Wiąże się to z kilkoma niebezpieczeństwami, od spadnięcia z urwiska, do wejścia w sektor wojskowy, co w konsekwencjach nie należy do przyjemności. Uwaga! Jeżeli wybierzecie wejście na piechotę, to na pewno zabraknie wam czasu na zwiedzenie wszystkiego, co sam rezerwat i zlokalizowane tam obiekty mają do zaoferowania! Mają one bowiem sztywne godziny zwiedzania. Innym sposobem na zwiedzanie atrakcji skały gibraltarskiej, jest skorzystanie z autoryzowanych mini-busów, które zawiozą was we wszystkie ciekawe miejsca wygodnie, bezpiecznie i bez wysiłku. Taką formę polecam zdecydowanie osobą, które mają problemy ruchowe. Koszt takiego przejazdu, to 25 funtów, a wliczone jest w to wejście do niektórych atrakcji skały. Mini-busy znajdziecie bez najmniejszego problemu w centrum miasta. Są one dobrze oznakowane i widoczne z daleka. Kolejnym sposobem dostania się na górę, jest kolejka linowa. Cable Car, czyli po polsku kolejka linowa ma swoją stacje dolną w samym sercu miasta. Już sam przejazd tym środkiem transportu, jest sam w sobie niesamowitą atrakcją. Wsiadając do wagoniku, który powoli unosi nas w stronę szczytu, ma się złudzenie, że oto znajdujemy się w sali kinowe, a widok przed nami to nieistniejąca planeta Pandora z filmu Avatar. Trzeba też przyznać, że kolejka ma najbardziej zróżnicowaną i zdecydowanie najatrakcyjniejszą ofertę cenową na przejazd i zwiedzanie. Sam przejazd w dwie strony, to koszt wysokości 9 funtów. Ale wybierając jedną z kilku opcji w cenie mamy wejściówki w wiele interesujących miejsc. Z uwagi na ograniczenia czasowe wybraliśmy wariant kombinowany. Wjazd kolejką /bilet combo 19Ł/ połączony z odwiedzeniem wszystkich najważniejszych miejsc i zejście w dół do miasta na własnych nogach. W praktyce okazało się, to znakomitym rozwiązaniem, które zdecydowanie wszystkim polecam.
Uwaga! Do Cable Car, jest w sezonie spora kolejka. Radzę, więc nie przysypiać zbyt długo rano i nie marudzić przy śniadaniu, bo potem trzeba nadganiać, a zwiedzanie w biegu, to średnia przyjemność. Gdy już znajdziemy się w wagoniku, radzę uważnie wysłuchać rad obsługi. Przestrzeżono nas dokładnie, że po wjechaniu na szczyt znajdziemy się w strefie wolno żyjących małp. Trzeba, więc koniecznie zapiąć dokładnie torby i plecaki. Pochować telefony, dobrze przytroczyć aparat fotograficzne i kamery. Sympatyczny pan z obsługi kolejki, podsumował te ostrzeżenia znamiennym zdaniem „ a jeżeli macie jakieś jedzenie, to życzę wam powodzenia!!!”
Jeszcze z okna wagonika widzimy małe puchate małpy, koloru żółto brązowego, leniwie wygrzewające się na słońcu. Te zwierzęta są symbolem Gibraltaru. Wielkości małego dziecka małpy, zostały przez marynarzy przywiezione z Algieru. Znalazły na półwyspie dogodne warunki i na dobre zadomowiły się tutaj. Zresztą można je spotkać nie tylko w rezerwacie. Mieliśmy szczęście widzieć zuchwałą kradzież owoców w centrum miasta na ruchliwej Main Street. Wychodzimy z wagoniku i nie wiemy, w którą stronę kierować wzrok. Z jednej strony Ocean Atlantycki, z drugiej Zatoka Gibraltarska, a centralnie przed nami szczyt The Rock. Nie możemy uwierzyć własnym oczom. Jesteśmy tu!!! Tyle miesięcy przygotowań, poszukiwania materiałów i szperania w Internecie. I w końcu nagroda, widok którego nie zapomnę nigdy.
U naszych stóp widzimy wspaniałą marinę i pas startowy. Dokładnie ten sam, z którego 4tego lipca 1943 roku startował samolot z gen Władysławem Sikorskim na pokładzie. W naszych sercach gra radość.
Ten euforyczny moment wykorzystały czujne małpie złodziejaszki. Jednym susem dorodna małpa znalazła się na moim plecaku i dawaj siłować się z zamkiem. Trzeba było nie lada siły, by oderwać zwierze do niedoszłej zdobyczy. Obrażona długo boczyła się na mnie, a ja skrzętnie unikałem kontaktu z tymi sympatycznymi amatorami cywilizowanych smakołyków.
Takie kontakty najlepiej wychodziły Bramreji. I czy powodem tych spoufalonych stosunków był kolor włosów, czy jakieś inne uwarunkowania? Fakt, że małpy gibraltarskie przyjaźnie zaakceptowały moją siostrę. Czego dowody widać na zdjęciach i filmach. Uwaga! Nie radzę karmić tych stworzeń! Po pierwsze jest to zabronione i zagrożone karą do 500 funtów, a po drugie jest to niebezpieczne dla was samych. Zdarzały się przypadki pogryzienia.
Kilka chwil w otoczeniu naszych przodków i ruszamy dalej. Tu muszę się przyznać, do jedynego błędu, jaki popełniliśmy w czasie naszej wyprawy. Radzę uważnie przeczytać ten fragment, by uniknąć naszej pomyłki i być mądrym przed szkodą.
Z górnej stacji kolejki, która mieści się dokładnie w środku skały, rozchodzą się szlaki turystyczne do wielu interesujących obiektów. Jak już wspomniałem wejście wliczone w cenę biletów. Proponuję najpierw udać się w prawo, do wspaniałego rezerwatu nawisów skalnych w jaskini świętego Michała / ST. Michael Cave/. Jest to jedyny obiekt po prawej stronie. Reszta znajduje się po przeciwnej, lewej stronie stacji górnej Cable Car i zwiedzać je będziecie po kolej wędrując w dół. My chcieliśmy najpierw zwiedzić lewą stronę, co spowodowało, że na ST. Michael Cave po prostu zabrakło nam czasu.
Wędrując w dół jako pierwsze miejsce do odwiedzenia wybraliśmy najstarszą część tuneli ukrytych w skale gibraltarskiej. The Tunnels of the Great Siege. Pierwsze wydrążenia w wapiennej skale powstały już w roku 1704, stanowiły one bezpieczne składy amunicji. Kolejne powstawały stopniowo, jednak już w 1726 roku, na stałe stacjonował we wnętrzu garnizon artyleryjski. Wędrując w wydrążonej skale, możemy poznać sposoby tworzenia tunelu, przy użyciu dość prymitywnego przecież sprzętu. Bardzo dobrze odzwierciedlone jest życie żołnierzy z tego podziemnego garnizonu, przedstawione w ciekawych, tematycznych scenkach rodzajowych. Oczywiście nie zabrakło tu armat. Dla miłośników militari bardzo ciekawa będzie armata strzelająca w dół!
Rozwiązanie to pozwalało na prowadzenie skutecznego ognia do celów znajdujących się u samej podstawy skały. Czyli na wypadek próby desantu. Jest to niesamowita ciekawostka, warta odnotowania i obejrzenia.
W tym miejscu również spotkaliśmy rzecz, która nas bardzo zaskoczyła i przyprawiła o radość. Już w samym końcu the Tunnels of the Great Siege, znajduje się miejsce bezpośrednio związane z historią Polski. Otóż tam właśnie znajdowała się radiostacja SOE, obsługiwana przez sierżanta Martina, który jako jedyny świadek widział katastrofę samolotu Liberator MK II AL. 523 z gen W. Sikorskim na pokładzie. Okno tej podziemnej komory wychodzi dokładnie na końcówkę pasa startowego, a umieszczone jest około 400metrów od miejsca upadku samolotu do wody. Uwaga! W tym miejscu nie będę jeszcze rozważał, co sierżant Martin mógł widzieć!? Na to przyjdzie czas w czasie analizowania innego aspektu Misji Gibraltar 2010.
Miejsce, to jest dobrze oznaczone okolicznościowymi tablicami w językach polskim i angielskim. Umieszczony jest tam dokładny opis zdarzenia i godło naszego kraju. Miejsce obowiązkowego odwiedzenia dla polskich turystów.
Dodać należy, że tunele mają wydrążone w skale okna, które wychodzą dokładnie na pas startowy i morze. Widoki niezapomniane. Uwaga! Z wejścia do tuneli dobrze widoczny jest cmentarz przy lotnisku, na którym spoczywają ofiary katastrofy gibraltarskiej. Wśród nich tajemniczy kurier z Warszawy Jan Grelewski.
Z tuneli czeka nas dość ostre zejście w dół, do The Military Heritage Centre. Jest to jedna z wielu baterii artyleryjskich the Rock of Gibraltar. Ta zwana baterią Księżny Karoliny, wybudowana została w 1732 roku.
We wnętrzu poznać możemy warunki życia I służby żołnierzy z tamtego okresu. Ponadto umieszczony jest tu pamiątkowy monument, wszystkich regimentów, które służyły tu na chwałę Wielkiej Brytanii.
Dalsze ostre zejście w dół prowadzić nas będzie do kolejnego historycznego miejsca. Tu jednak muszę zwrócić uwagę czytelników na rzecz z pozoru banalną. Otóż gdzie niegdzie w ścianach przy drodze można dostrzec wbite haki i koła metalowe. To nietypowe wyposażenie zostało tam umieszczone przez budowniczych baterii artyleryjskich. Haki i koła służyły do wciągania na linach ciężkich dział!
Uwaga! Drogi są bardzo wąskie, trzeba uważać na przejeżdżające busy z turystami! Naszym kolejnym celem jest The Moorish Castle. Jest to wieża wybudowanego w XII-tym wieku zamku. Umocnienia te wybudował Abdul Meman kalif Maroka, który najechał i zajął te tereny. Wewnątrz wieży zachowały się bardzo ciekawe urządzenia sanitarne z toaletami i łaźnią. Schodami wchodzimy na sam szczyt i pomimo zmęczenia napawamy się widokiem na morze z jednej strony, a na strome zbocza skały z drugiej. Obok zamku znajduje się kolejna z militarnych pamiątek twierdzy gibraltarskiej. To bateria Queen Charlottes pochodząca z 1727 roku.
Zwiedzając zamek The Moorish Castle nie wolno zapomnieć o ekspozycji Gibraltar Activ Undersiege Exhibition. Jest to interesująca inscenizacja trudnego życia, jakie prowadzili tu mieszkańcy. Urbanizacja tego miejsca w czasach victorjańskich napotykała wiele trudności. Od niezwykle niewygodnych stromizn, do braku wody pitnej. Organizatorzy tej wystawy, stworzyli tu z wykorzystaniem manekinów wkomponowanych w oryginalną zabudowę, niezwykle sugestywny efekt dla zwiedzających. Polecamy!
W tym miejscu dopadł nas kryzys. Słońce i kilometry marszu zrobiły swoje. Zapragnęliśmy wypoczynku. Ponadto byliśmy już cholernie głodni. Szczęśliwie byliśmy już dosłownie kilkaset metrów od zejścia ze skały. Powoli dochodziliśmy do miasta, a w naszych głowach istniał tylko jeden plan. Znaleźć jakiś przytulny bar, zjeść coś ciepłego, wypić zimne piwo i odpocząć. I jak port dla strudzonych żeglarzy, wyłonił nam się przytulny pub, o miłej zielonej witrynie. Zatem zostajemy tu na popas i podregenerowanie sił. Wchodzimy do pubu, a nasze zmęczone i spocone twarze nie pozostawiają złudzeń. Niezwykle miła obsługa, przyzwyczajona pewnie do takich widoków, woła na nas już w progu. Co, zeszliście ze skały? O tak odpowiadamy i prosimy o zimne piwo i jakiś ogroooomny posiłek. Jest kupa śmiechu i niezwykle przyjazna atmosfera. Obiecano nam coś specjalnego. Czekamy rozmawiając z barmanem i pozostałymi gośćmi w pubie. Piwo pomału sączy się w nasze wyschnięte gardła. Opowiadamy o przygodach z małpami. Miejscowi snują inne ciekawostki. Otrzymujemy kilka bardzo cennych wskazówek, co do naszej dalszej trasy. W tym czasie na stoliku pojawiają się zapiekane w bułce ogroooomne wołowe kiełbaski rodem z Afryki Południowej. Wszystko z górą przednich frytek. Zajadamy z apetytem i powoli łapiemy drugi oddech. Jeszcze chwilka wytchnienia i ruszamy dalej. Przecież na naszej wejściówce wciąż widnieje nie wykreślny punkt programu wycieczki. Miejscem tym jest bardzo sugestywnie brzmiące 100 tonowe działo / 100- Ton Gun/ Zatem czas ruszać!
Sprawdzamy na mapie. 100-tonowe działo nie mieści się w okolicach skały. To kolejne kilometr spaceru. Trzeba dotrzeć do Rosia Bay, by tam dopiero kierować się znakami nad samo nadbrzeże. Przechodzimy bardzo przyjemnymi alejami ozdobionymi egzotyczną roślinnością. Wypoczynek w pubie znacznie poprawił naszą kondycje. Przyspieszamy kroku, gdyż nie jesteśmy pewni do której godziny można zwiedzić ten intrygujący wyobraźnie punkt programu. Na miejsce docieramy około 18stej.
Obsługa ma akurat sjestę. Nikt nie sprawdzał naszych biletów, ani szczególnie się nami nie zainteresował. Podziemiami, w których mieszczą się wszystkie urządzenia pomocnicze dostajemy się do stanowiska kolosalnej armaty!!! To do tej pory największe działo, jakie widziałem w życiu. Nie chce się wierzyć, że pochodzi ono dokładnie z okresu panowania Królowej Victorii. The Napier Battery wybudowano w roku 1870 tym. 100-tonowe działo miało zasięg ponad 12 km rażenia. Trzymało więc w szachu cały port i zabezpieczało skutecznie terytorium brytyjskie przed wszelką ingerencją. Zaskakująca jest szybkostrzelność tej armaty. Dobrze wyszkolona załoga, potrafiła oddać strzał, co cztery minuty! A trzeba pamiętać, że 100 – Ton Gun jest działem odprzodkowo ładowanym. Jednorazowo do skutecznej obsługi the Napier Battery potrzebowano 35 artylerzystów. Z materiałów zgromadzonych na wystawie okolicznościowej, dowiadujemy się, że w ówczesnych czasach istniał okręt włoskiej marynarki wyposażony w dwa takie działa. Jeżeli ktoś ma zamiłowanie do wojskowych pamiątek przeszłości, koniecznie musi oglądnąć to miejsce na własne oczy.
To był już ostatni punkt programu zwiedzania zawartego w naszym combo bilecie. Nie zaliczyliśmy jedynie ST Michael Cave, uwagi na brak czasu na powrót do punktu wyjściowego. Nie zaliczyliśmy też tuneli pochodzących z II Wojny Światowej. Wejście do tego miejsca wymaga specjalnego biletu, który wykupuje się już na miejscu. Nie wiedzieliśmy o tym i nie wygospodarowaliśmy odpowiednio wystarczająco czasu na to nieplanowane zwiedzanie.
Niemniej jednak zrodziło, to w nas chytry plan ponownej wizyty na skale gibraltarskiej.
Na ten dzień zrealizowaliśmy już prawie wszystkie wytyczone cele. Jeszcze przed wylotem zrobiliśmy szczegółowe plany tras turystycznych. To powoduje, że uniknęliśmy chaosu i niepotrzebnego mitrężenia czasu. W efekcie zobaczyliśmy wszystkie zaplanowane miejsca. Na naszej liście było jeszcze dotrzeć do najbardziej oddalonego punktu na Gibraltarze, do Punta Europa / Europa Point/.
Idąc za radami przemiłych gości w pubie, kierowaliśmy się do wydrążonych w skale tuneli, które miały znacznie skracać drogę do Europa Point. Po przejściu jednego z nich trafiliśmy na urokliwą zatokę Camp Bay. Wspaniałe morze, prześliczna plaża spowodowały, że postanowiliśmy chwilkę ochłodzić się w wodach Morza Śródziemnego. Ja postanowiłem się nawet wykąpać.
Woda nie należała do najcieplejszych, ale to dopiero początek sezonu. Była za to krystalicznie czysta i przejrzysta. Uwaga! Woda jest również niesamowicie zasolona. Po wyschnięciu zostają na skórze wyraźne osady soli. Radzę mieć za sobą ręcznik i dodatkowy zestaw bielizny / przy plaży jest przebieralnia /. W przeciwnym razie sól pozostająca w ubraniach spowoduje zatarcia i odparzenia w pachwinach.
Po kąpieli zupełnie już orzeźwieni ruszyliśmy w dalszą drogę. Na uwagę zasługuje wodospad, który jest jednym z elementów systemu zbierania wody ze zboczy skały.
Przechodzimy długi tunel i zaraz po wyjściu widzimy latarnie morską Europa Point. Przez długi okres czasu sądzono, że jest to najbardziej wysunięty kawałek naszego kontynentu. Po późniejszych obliczeniach, okazało się, że nie jest to prawda. Niemniej jednak, do Afryki jest zaledwie kilkanaście kilometrów. Oprócz latarni jest tu również przepiękny meczet. Cóż pobliskie Maroko jest przecież krajem muzułmańskim.
Robimy sobie fotkę w tym najbardziej oddalonym miejscu, do którego dotarła Misja Gibraltar 2010. Rozwijamy flagę, która dumnie łopota na morskiej bryzie. Mamy nadzieje, że w przyszłości dotrzemy tu na pokładzie jachtu żaglowego. Z Europa Point do centrum dojeżdżamy autobusem miejskim. Bardzo wygodny i niesamowicie tani środek komunikacji. Za jednorazowy przejazd cena to jedyne 80 pensów, co stanowi połowę ceny londyńskiego transportu miejskiego.
Ruchliwą Main Street powolnym, już zmęczonym, emeryckim krokiem, kierujemy się w stronę hotelu. Po drodze mijamy kapitalne mariny z jachtami, jakie do tej pory widziałem jedynie na targach żeglarskich London Boat Show.
Przez cały czas w zabudowie miejskiej przebijają się obronne mury i bastiony obrony artyleryjskiej. Gibraltar przez stulecia był miastem obronnym. W czasie II Wojny Światowej całkowicie zamieniony na zamkniętą bazę wojskową. Obecnie te militarne pamiątki komponują się z architekturą miasta, dając jej niepowtarzalny koloryt.
Po drodze do hotelu mijamy pomniki poświęcone walce anglików i amerykanów w czasie obu wojen światowych. Ciekawostką są również armaty rosyjskie pochodzące jeszcze z Carskiej Rosji, a które stanowiły dar dla mieszkańców Gibraltaru.
Jesteśmy już mocno wyczerpani. Za nami wiele kilometrów. Zbliżamy się do pasa startowego. Dziś już jedynie kolacja, prysznic i sen. Jutro ruszamy szlakiem miejsc związanych ze śmiercią gen Władysława Sikorskiego. Jutro ruszymy zrobić pomiary i zdjęcia, które mają pomóc przy weryfikacji niektórych legend. Turystyczny aspekt naszej wyprawy zrealizowaliśmy w całości. Myślę, że po przeczytaniu tego materiału nie będziecie potrzebowali zbytniej zachęty, by zaplanować taką wyprawę.
Uwagi Praktyczne!
Ubranie. Koniecznie przewiewna koszula. Spodnie krótkie i dobrej jakości buty trekingowe. My używaliśmy sandałów marki karimor. Spisały się znakomicie. Niezbędne są dobre okulary przeciwsłoneczne najlepiej polaryzujące, koniecznie ze smyczą! Bardzo ważna jest ochrona głowy przed przegrzaniem. My od dawna używamy uniwersalnych chustek BUFF, są idealne na wszelkie warunki. Wygodne plecaki i dużo wody. Zabierzcie ze sobą prowiant! Na skale jedyne miejsce gdzie można coś kupić, to górna stacja kolejki. Krem do opalania z dobrym filtrem UV!!!
Zakupy. Najlepiej w supermarkecie Moorison, mieści się zaraz obok mariny. Alkohol bez problemu wszędzie, ceny alkoholu śmiesznie niskie.
Waluta. Funt Szterling i Euro, spokojnie wymienialna i przyjmowana we wszystkich miejscach.
Z turystycznego szlaku Misji Gibraltar 2010.
Tomasz, Bezan, Mazur. >>> ponad 300 zdjęć w naszej Galerii <<<
|