Wydarzenia Halsowanie U Bezana Żaglokultura Żaglopodróże Sylwetki
Debiuty Korespondenci Galeria Pogoria Linki Home

 

 

 

 

Różnice pomiędzy sensacją a dociekaniem prawdy
czyli kiedy historyk staje się biznesmenem I co z tego wynika.

 

Od kilku lat mamy w Polsce nowy trend w nazwijmy to twórczości literackiej, czyli pisanie książek o historii widzianych poprzez pryzmat przychodów i zysków. Pamiętam za czasów mojej szkoły podstawowej mieliśmy listę podręczników do historii, wykaz lektur i tyle. Wszystkie te książki były w taki czy inny sposób naciągnięte do wymogów ówczesnego, dość wysublimowanego systemu edukacji. Innymi słowy pakowano nam do głowy serię wybranych i nie rzadko przerobionych faktów historycznych, z których wyłaniał się obraz dzielnego Polaka, miłującego swój kraj i gotowego oddać życie za wolność waszą i naszą. Oczywiście po tym jak pokonaliśmy wraz z naszymi sowieckimi sojusznikami wspólnego wroga żyliśmy w kraju ogólnej radości i dobrobytu. Czasem tylko jakiś strajk czy czołgi na ulicach przypominały nam, że gdzieś pod powłoką kolorowych sztandarów pochodów pierwszomajowych toczy się krwawa walka o wolność, której niektórzy pragnęli bardziej niż zakładowego mieszkania i bezpiecznej posady do końca życia. Walczyli oni, aby uszczęśliwić nas nową wolnością i nową historią. Ja i moi koledzy zaczynaliśmy podstawówkę w socjalistycznej Polsce a skończyliśmy ją w wyzwolonym wreszcie kraju, przez co całe nasze osiem lat nauki o historii naszego kraju przewróciło się do góry nogami. Na szczęście nigdy nie lubiłam historii w szkole, więc ta nagła odmiana jakoś mnie obeszła bokiem a co za tym idzie nie wytworzyła we mnie żadnych uprzedzeń ani do starej ani do tej nowej historii i wolność. Jest to o tyle zaletą, że potrafię oglądać filmy i czytać książki oparte o fakty historyczne bez uprzedzeń. Nie neguję jakiegoś faktu tylko dlatego, że jest lub był on politycznie niepoprawny lub wręcz przeciwnie aż za bardzo poprawny.

Kiedy wchodzę do księgarni i widzę ogromne półki zapełnione historycznymi książkami i filmami na DVD zastanawiam się jak zwykły czytelnik ma z tego ogromu wyłapać te książki i filmy, które nie namieszają mu w głowie?

. Wolność, która pozwala na drukowanie w tysiącach egzemplarzy historię postrzeganą przez pryzmat korzyści materialnych autora nie jest prawdziwą wolnością. Zamieniliśmy politykę na finanse i teraz kiedy kupujemy książkę to nie dlatego, że zawiera ona cenne informacje poparte długoletnimi badaniami ale dlatego, że zrobiono koło niej dobry marketing i w tej sytuacji czytelnik w księgarni będzie szukał tego czy tamtego bo widział to na plakacie czy w telewizji a nie dlatego, że przeczytał recenzje lub też polecił mu tą książkę znawca danego tematu. Dlatego myślę, że obecna wolność jest dość dużym zagrożeniem dla historii i nauk społecznych ponieważ książki nie są w żaden sposób sprawdzane pod względem rzeczowym a tylko mają czasem za zadanie, opierając się na jakiejś bzdurnej informacji wyrwanej z kontekstu, wzbudzić zainteresowanie tłumów.

Dajmy na to taką pozycję jaką mieliśmy okazję oglądać w ubiegłym roku w TVN - film pod tytułem Generał – Zamach w Gibraltarze oraz czteroodcinkowy film dokumentalny oparty na badaniach Dariusza Baliszewskiego. Człowiek ten poświęcił wiele lat poszukiwaniu różnych dokumentów, informacji i dowodów na poparcie swojej teorii, iż gen. Sikorski został zamordowany w Pałacu Gubernatora Gibraltaru, po czym przeniesiony do samolotu a cały wypadek został zaaranżowany przy udziale grupy aktorów. Oba filmy mają w zamyśle autorów uzupełniać się i co daje się łatwo zauważyć oba przedstawiają jedna i tą samą historię tyle tylko, że jeden jest zbiorem historycznych faktów a drugi fabularną rekonstrukcją wydarzeń. Trzeba przyznać, iż zamysł autorów jest doskonały. Poprzez film dokumentalny lepiej można zrozumieć prawdę i przesłanie filmu fabularnego. Autorzy jednak nie spodziewali się, iż film może zostać obejrzany przez kogoś kto zna temat. Co gorsza, aby dodać powagi całości edycja DVD zaopatrzona została w angielskie napisy co staje się pętlą na szubienicy jaką postawili sobie autorzy filmu.

Przy pierwszym oglądaniu filmu człowiek zostaje zarzucony masą informacji, które potokiem płyną z ekranu telewizora i uniemożliwiają analizę ani poprzez sprawdzenie czegokolwiek ani poprzez wykorzystanie zdrowego rozsądku. I to jest efekt jak najbardziej pożądany przez autorów filmu. Jednak to magiczne urządzenie, jakim jest odtwarzacz DVD, pozwala obejrzeć film dowolną ilość razy i zatrzymać go w chwili, w której chcemy odwołać się do źródeł historycznych żeby sprawdzić to czy owo. Na domiar złego liczba potencjalnych widzów filmu radykalnie rośnie poprzez zastosowanie angielskich napisów. Zapewne chciano w ten sposób dodać powagi filmowi, ale może się to okazać trochę niebezpieczne dla autorów, bo większa widownia to większa wiedza ludzi oglądających ten film.

„Zabili Generała” to okrzyk, po którym redaktor Miszczak ma ciarki na plecach. To ciągłe podkręcanie atmosfery poprzez Dariusza Baliszewskiego „a zdecydowałem się to powiedzieć po raz pierwszy”, „a mówię to po raz pierwszy” czy „jestem jedyną osobą posiadającą te dokumenty” tylko ujmuje powagi całemu serialowi dokumentalnemu. To chwyty przetrenowane już przez Wołoszańskiego : modelowanie głosu, akcentowanie pewnych sformułowań czy wyolbrzymianie faktów, mają na celu wywołać u widza taka czy inną reakcję i uwiarygodnić przez to informacje płynące z ekranu. Często jednak jest to tylko wybieg dobrego reżysera i nie ma wpływu na odbiór filmu przez ludzi znających zagadnienie.

W filmie wykorzystano bardzo wiele archiwalnych filmów dokumentalnych, z których wiele nie ma nic wspólnego z historią przedstawioną w filmie. Na największą uwagę zasługuje film dokumentalny z akcji ratunkowej. To perełka, którą redaktor Miszczak zaskakuje badacza, znawcę tematu, który twierdzi, że zna sprawę od podszewki i nie boi się oskarżać konkretnych osób o morderstwo, czyli Dariusza Baliszewskiego. Ten ostatni badając sprawę przez wiele lat twierdzi, że takiego filmu nie ma. Scena nakręcona chyba do filmu fabularnego bardziej niż do dokumentalnego. W całym serialu to Baliszewski odsłania tajemnice a tu taki strzał! Przypomina to przepychankę – a ja mam coś, czego ty nie masz. Najciekawszy jednak jest ten film – jak twierdzi Miszczak to film nakręcony przez polskiego operatora dla niemieckiej telewizji. O zgrozo! Oczywiście, że Sikorskiego w Gibraltarze mogli ubić wszyscy agenci z całego świata chyba nawet koreańczycy. Bo jak inaczej podejść do stwierdzenia, iż na terenie zamkniętej brytyjskiej bazy wojskowej, gdzie wysiedlono cywilów a kilkaset metrów od granicy faszystowscy hiszpanie mierzyli z dział, nagle polak na zlecenie telewizji niemieckiej kręci film pod wodą z wnętrza rozbitego wraku, z którego wydobywane ciągle są zwłoki i ładunek, a w okolicy kręci się mnóstwo ludzi i statków ratowniczych? To jak ten tajemniczy polak zanurkował? Miał pozwolenie i wsparcie brytyjczyków? Oj, coś tu chyba nie pasuje do całej reszty historii.

Zresztą takich nieścisłości w całym filmie jest mnóstwo. Baliszewski w jednym odcinku mówi coś a w kolejnym coś zupełnie przeciwstawnego. Weźmy na ten przykład sprawę Gralewskiego. Ten tajemniczy kurier z Polski, który dziwnym trafem znalazł się w samolocie Sikorskiego. Jeżeli Gralewski miał być przysłowiowym „kozłem ofiarnym” całej akcji i miał dać nazwisko zabójcom to, dlaczego przebywając w obozie Miranda del Ebro dostał polecenie ostrzec Sikorskiego przed zamachem? Po co takie zadanie dla człowieka, który i tak po przybyciu na Gibraltar miał być zgładzony? Ponadto, jeżeli Baliszewski twierdzi, że Gralewski jechał do Gibraltaru aby ostrzec Sikorskiego i jeszcze na kilka godzin przed odlotem pisze list do ukochanej żony, że cieszy się z powrotu do domu, to jaki miało sens przedstawienie totalnie pozbawionej sensu wypowiedzi Ludwika Łubieńskiego, że Gralewski wyraził życzenie być pochowanym na Gibraltarze? Wypowiedź ta jest zresztą przycięta. To wyrwane z kontekstu jakieś dziwne stwierdzenie człowieka już starszego i pewnie mającego już dość całej sprawy wypadku Sikorskiego. W tym momencie to miała być chyba jakaś sugestia, że Gralewski wiedział, że nie wyjdzie cało z Gibraltaru, ale dlaczego miał tak myśleć? Czy był ochotnikiem, który stwierdził, że odda życie za zamordowanie Sikorskiego? To jakiś kamikadze? W filmie Gralewski przedstawiony jest jako osoba raczej zwykła, nie odgrywa on żadnej ważnej roli w konspiracji, jest szaleńczo zakochany w żonie i pewnie chciałby do niej wrócić a tu nagle wybiera sobie miejsce pochówku? A może po prostu w zwykłej rozmowie z kolegami powiedział iż Gibraltar to ładne miejsce na starość po wojnie a może i nawet na grób ale czy od razu panowie historycy muszą doszukiwać się w tym jakiś podtekstów o misji samobójczej? Sama myślę, że Gibraltar to świetne miejsce na starość – ciepło, czyste powietrze i przyjemna kompozycja błękitu morza, zieleni tropikalnej roślinności i surowej biel skały. Poza tym chciałabym wiedzieć, o co chodziło autorom filmu kiedy stwierdzili, iż Gralewski leży pod murem cmentarza jak jakiś samobójca? Chciałabym zauważyć, że pod murem to leży Whiteley a grób Gralewskiego jest drugi od muru. To co? Mamy z tego wnioskować, iż Whiteley był większym samobójcą od Gralewskiego? To jest tu jakaś hierarchia – kto bliżej muru to większy samobójca. Ciekawe jak się to ma do faktu, że zostali oni pochowani na wojskowej części cmentarza w pobliżu bazy RAFu. Może to o to chodziło? Może po prostu tam umiejscowione zostały groby żołnierzy z tego okresu? Popatrzmy na szerszy plan niż to przedstawia Dariusz Baliszewski. Za żywopłotem leżą żołnierze z lat 1943-46 w tym jeszcze jeden polak. Ponadto jest tam siedem rzędów z czego każdy zaczyna się od grobu przy murze. To iluż tych samobójców było w tym Gibraltarze? Poza tym dookoła żywopłotu znajdują się groby żołnierzy z późniejszych lat. Czy to usytuowanie grobów może być próbą zatuszowania grobu samobójcy? To w takim układzie trzeba sprawdzić czyim agentem był grabarz. Przepraszam za ten sarkazm, ale to już przechodzi moje rozumowanie. Może zajmowanie się zbyt długo historią źle wpływa na postrzeganie faktów?

Wracając do tematu wypowiedzi Ludwika Łubieńskiego to muszę przyznać, iż Baliszewski wykonał świetną robotę przeprowadzając wywiady ze świadkami albo osobami podającymi się za świadków katastrofy. Szkoda tylko, że zanim wykorzystał ich wypowiedzi w swoim dziele życia, jakim niewątpliwie jest ten film, nie obejrzał ich wcześniej i nie posłuchał tych sensacyjnych wypowiedzi przez co całe dzieło życia poszło na zmarnowanie. Weźmy na ten przykład Henryka Karbowskiego. Facet nie bardzo radzi sobie z językiem polskim, ale mógłby przysiąc, że widział pilota wychodzącego na brzeg. Ten sam człowiek twierdzi później, że w czasie startu samolotu był gdzieś daleko na drodze. Po czym za kilka minut w swojej wypowiedzi stwierdza, iż w stał przy Łubieńskim i ten kazał mu salutować. Poza tym to jeszcze wcześniej był na skale. Jakiś podrzędny żołnierz czekający na przerzut do walczących wojsk stał przy Łubieńskim Szefie Polskiej Misji, kiedy startował samolot a poza tym twierdzi, że nie widział jak osoby wsiadały do samolotu. Coś się ta relacja mija z logiką i ciężko z tych fragmentów wywnioskować, co ten człowiek właściwie chciał powiedzieć. Można by te wypowiedzi całkowicie wyciąć i to bez straty dla filmu. Najlepsze jest to, co znalazłam w dokumentach z dochodzenia z roku 1969. Otóż w dokumentach z dochodzenia z lat 1969-72 czytamy, iż Pani Robinson, wdowa po pilocie Herringu, czyli tym, który podobno był widziany jak wychodził z wody, konsultowała się prawdopodobnie z astrologiem w kwestii zaginięcia jej męża. Dlatego też jej opowieści o tym, iż jej mąż dzwonił do niej już po katastrofie nie powinny raczej stanowić oparcia dla teorii badaczy przyczyn wypadku.

„ From an exchange of correspondence with Mrs.Robinson in December 1968, we are aware that she is convinced that Her first husband did not die in the crash in 1943, and, indeed, that he was not even on the aircraft at the time. We have heard privately, though this cannot be confirmed, that she has been consulting astrologers.”

26 th February 1969

 

Trzeba dodać, iż w filmie przedstawiono Herringa jako człowieka nowego w załodze Prchala co nie znalazło poparcia w dokumentach zgromadzonych w Kew Garden, ponieważ z rejestru lotów i z zeznań Prchala jasno wynika, iż z Herringiem leciał on (z Sikorskim na pokładzie) już z UK do Gibraltaru a potem do Kairu i w drodze powrotnej miał tą samą załogę.

Świetna jest też scena przekazywania przez Panią Alicję Iwańską, wdowie po Gralewskim, kartki papieru. Oczywiście pustą, niezapisaną kartkę to Gralewski dołączał do każdego listu, który Pani Alicja zachowała. Pani Alicja stwierdza, że zachowała listy Gralewskiego do niej ale zniszczyła listy od niej do Gralewskiego. Czyli z tej wypowiedzi wynika, że Baliszewski utrzymuje, że Gralewski miał w kieszonce munduru listy napisane przez siebie. Twierdząc, że nie rozmoczyły się w wodzie i nie rozmazał się atrament udowadnia, że Gralewskiego znaleziono na płycie lotniska. Jeżeli Gralewski miał przy sobie listy to były to listy napisane przez Panią Alicję do niego a te Pani Alicja zniszczyła. Może właśnie dlatego atrament się nie rozmazał? Ostatnie listy Gralewski mógł włożyć do torby z pocztą. Do tej torby, którą znaleziono na płycie lotniska i dlatego nie były rozmoczone.

Do bardzo ciekawych i wielce wesołych wypowiedzi zaliczam wypowiedź biznesmena z Paryża Krzysztofa Mańkowskiego, który opowiada historyjkę o rekrutacji pilotów do samobójczej misji w Gibraltarze. Już sobie wyobrażam jak służby specjalne biegają po całym świecie z plakatami pt. szukamy samobójców-morderców. To urąga inteligencji widza. Nie trzeba być wybitnym historykiem żeby wiedzieć, iż służby specjalne żadnego kraju nie prowadziłyby rekrutacji do takiej misji wśród podrzędnych pilotów opowiadając im, jaki jest cel i miejsce akcji. Proszę o odrobinę szacunku dla widzów.

Przyjrzyjmy się również zeznaniom sierżanta Martina i o historyjce spacerujących po skrzydle ludzików Michelle. To dopiero fajna opowieść. Otóż wszystkie raporty oraz sam Baliszewski stwierdzają, iż start samolotu odbywał się w zupełnych ciemnościach. Zgodnie z teorią Baliszewskiego musiało być całkowicie ciemno by zatuszować całą maskaradę z aktorami wsiadającymi do samolotu, a potem wyskakującymi z niego w jakimś momencie na pasie startowym. Przecież ktoś obserwując ze skały zauważyłby kilku ludzi wysiadających z samolotu, bo jeżeli ktoś obserwował start samolotu to patrzył właśnie na ten samolot. Tak więc mamy w całkowitej ciemności, samolot pomalowany w barwy maskujące, pływający na powierzchni ciemnej wody i co się dzieje? Sierżant Martin dostrzega człowieka spacerującego po skrzydle samolotu. Proszę spojrzeć na zdjęcie poniżej – wykonane w południe, przy świetnej widoczności i pełnym słońcu. Czy łatwo jest odnaleźć żółtą boję na powierzchni wody? A sierżant Martin w całkowitych ciemnościach dostrzega człowieka w ciemnym zapewne skafandrze na tle ciemnego samolotu. Albo sierżant Martin miał jakieś niesamowite zdolności wzrokowe albo wcale nie było tak ciemno, co sugerował pilot Prchal twierdząc, że startował nie patrząc na przyrządy ale na horyzont. Pomijając już fakt, iż było to niezgodne z procedurą startową Liberatora, która z naciskiem sugerowała, iż w nocy start na Liberatorze powinien odbywać się wg wskazań urządzeń, to można tu oczywiście dyskutować o doświadczeniu pilota. Można również doszukiwać się przyczyn katastrofy, jeżeli weźmie się pod uwagę teorię błędu pilota.

I tak powolutku dochodzimy do teorii masowego mordu, masakry na Gibraltarze dokonanej przez tajne wywiady co najmniej dwóch krajów czyli Polski i Wielkiej Brytanii. Dlaczego mówię o masakrze? Bo jak inaczej nazwać zamach, w którym zostają zamordowani wszyscy członkowie załogi Liberatora czyli :

Herring, Zalsberg, Kelly, Gerrie, Hunter,

Członkowie polskiej delegacji:

Sikorski, Leśniowska, Klimecki, Marecki, Kułakowski, Ponikiewski,

Dwóch wysokich polityków brytyjskich:

Cazalet, Whiteley

Dwóch biznesmenów, agentów brytyjskich:

Lock, Pinder

i Jan Gralewski.

Według teorii Baliszewskiego to nie koniec listy zamordowanych w Gibraltarze 4 lipca 1943 roku. Do tej listy trzeba dodać zabójców i współpracujących z nimi agentów (w filmie pokazano otrucie Zygmunta Białego, człowieka który rozmawiał z Gralewskim w obozie Miranda del Ebro, ale trzeba przypuszczać, że taki sam los spotkał wszystkich polaków uczestniczących w spisku) oraz całą grupę aktorów. Łącznie to mamy już około 25-30 osób a to już masakra, masowy mord na niewinnych zupełnie ludziach. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić Gubernatora Gibraltaru wydającego polecenie zabicia Cazaleta, Whiteleya, Locka, Pindera i członków załogi samolotu. Jeżeli przyjmiemy teorię, że do samolotu włożono ciała to, kiedy zamordowano członków załogi? Niektórych przypięto ponadto pasami i ubrano w kamizelki ratunkowe. A kiedy i jak zabito Cazaleta, Whiteleya , Locka i Pindera? Tym bardziej że Whiteley został wyłowiony z wody żywy. Ponadto dlaczego nie zabito Gralewskiego od razu tylko wrzucono żywego do samolotu a potem biegał sobie podobno po płycie lotniska i uciekał przed kulami bo strzelano do niego z samolotu. Kto strzelał? Pilot samobójca? Trochę to wszystko się rozmija z logiką działania wyszkolonych agentów. Cała akcja troszkę trąci amatorszczyzną, na którą nie mogliby sobie pozwolić sprawcy zamachu na tak wysokiego polityka, jakim był Sikorski a już na pewno takich bezmyślnych posunięć wystrzegaliby się brytyjczycy dokonując zamachu a swoim terenie.

Pozostaje ciągle nierozwiązana kwestia ubrań. Wszyscy rozwodzą się nad faktem, iż Sikorski był rozebrany. Czy w przypadku, gdy przyjmiemy teorię Dariusza Baliszewskiego o spreparowaniu ciał, brytyjczycy pozostawiliby główną ofiarę bez ubrania? To z pewnością byłaby pierwsza rzecz o jaką zapytaliby śledczy komisji. Fakt, że niektóre ciała nie były ubrane, świadczy przeciwko teorii spreparowania ciał. Właśnie żeby uwiarygodnić przypadkową śmierć na pewno by ciała ubrano. Na pogardę zasługuje scena z filmu fabularnego przedstawiająca preparowanie ciał w biały dzień, gdzieś na skale, gdzie pod nią na plaży bawią się dzieci, których notabene w tym czasie raczej na Gibraltarze nie było, gdyż była to „zamknięta baza wojskowa” jak stwierdził sam Baliszewski. To nie preparowanie ciał a jakiś akt profanacji – tłuczenie kamieniem po ciałach to wzbudzająca grozę scena. Wcześniej spreparowane ciało znane z akcji Mincemeat było przechowywane przez kilka miesięcy zanim zostało wykorzystane przez specjalistów i jak twierdzi sam autor filmu z wykorzystaniem całej wiedzy medycznej. A tu w Gibraltarze gdzie zamach planowany jest od wielu miesięcy (zaaranżowany przyjazd kilku morderców, Gralewskiego jak i sama podróż Sikorskiego do Andersa) i w które to przygotowania zaangażowany jest sam Churchill, bo to on wysyła depeszę przyspieszającą powrót Sikorskiego, do preparowania ciał użyto kamieni gdzieś na zielonej trawce. Chyba Baliszewski ma zbyt niskie mniemanie o brytyjskim wywiadzie i agentach służb specjalnych.

Ogólnie przez cztery odcinki filmu dokumentalnego i przez cały film fabularny z ekranu wyłania się obraz nadzwyczaj niezdarnie przygotowanej mistyfikacji i wydaje się, iż sam film jest jej częścią. Większość faktów przedstawionych przez Dariusza Baliszewskiego nie ma jakiegokolwiek pokrycia w zwykłej logice i zasadach zdrowego rozsądku. Ilość zaangażowanych w całe przedsięwzięcie osób jest tak ogromna, iż nie można by faktu zabójstwa utrzymać w tajemnicy. Nie ma możliwości przeprowadzić tak skomplikowanej akcji w tak nieudolny sposób. Ciągłe podkreślanie, że prawdy nie poznamy nigdy z uwagi na utajnienie akt brytyjskiego wywiadu nie dodaje wiarygodności całemu obrazowi a zdaje się być wentylem bezpieczeństwa mającym na celu umożliwienie autorom wymówkę. Ponadto nie wydaje mi się, aby na podstawie tak przeprowadzonej analizy i rekonstrukcji zdarzeń jak to zaprezentował Dariusz Baliszewski, poważny historyk pokusił się o oskarżenie o zabójstwo agentów wywiadów sprzymierzonych państw.

W tym miejscu pokuszę się o drobną refleksję na temat całego zdarzenia z 4 lipca 1943 roku. W czasie, kiedy do wiadomości publicznej dostały się informacje o zamordowaniu przez sowieckich Rosjan ponad 20 tysięcy polskich żołnierzy i oficerów Polska była w sytuacji, w której jedynym atutem naszych sił zbrojnych był zapał do walki. Już nie liczebność polskiej armii była ważna ani jej wyszkolenie, co stanowiło atut w czasie bitwy o Anglię. Churchill mógł wykorzystać potencjał militarny i wiedzę amerykanów oraz brzydko mówiąc mięso armatnie Rosjan i w ten sposób, z czystymi rękami i bez narażania Brytyjczyków mógł prowadzić wojnę w Europie. I taką właśnie politykę chciał prowadzić. Jednak jak wspomniałam Churchill nigdy nie był zwolennikiem wysyłania na wojnę swoich żołnierzy masowo, co bez wątpienia było powszechną praktyką w czasach imperium brytyjskiego, więc nie bardzo wierzę w fakt, iż zgodziłby się on na zamordowanie w jednym samolocie z Sikorskim i jego ludźmi wszystkich członków załogi samolotu – Brytyjczyków – wraz z dwoma członkami parlamentu brytyjskiego i kolejnych dwóch brytyjskich agentów. Mam wrażenie, że w całej sprawie wszyscy zbyt ważną rolę przypisują Sikorskiemu i zapominają o innych ofiarach katastrofy. Jeżeli doszło do sabotażu to na pewno bez wiedzy i bez przyzwolenia Churchilla i jego rządu. Niestety, co stwierdziła komisja prowadząca dochodzenie w 1943 oraz późniejsze w 1969 roku, zabezpieczenie samolotu w czasie postoju w Gibraltarze pozostawiało wiele do życzenia i mogło dojść do umyślnego uszkodzenia samolotu. To czy na pewno tak się stało podejrzewam, iż znalazło się w dokumentach dochodzenia prowadzonego przez służby specjalne. Przecież Wielka Brytania nie mogła przyznać się publicznie do tego, iż na terenie jej bazy wojskowej, tuż pod nosem strażników, jakiś agent podszedł do samolotu niezauważony i coś tam uszkodził. W tej sytuacji politycznej jakiej znajdowała się Wielka Brytania usunięcie Sikorskiego też nie leżało w jej interesie. Sikorski, choć twardo stawiał sprawę to jednak dążył do porozumienia ze Stalinem. Żaden innych Polski polityk w tym okresie nie mógł zastąpić Sikorskiego w tych dążeniach. Jeżeli więc weźmiemy pod uwagę, jakie straty w tej katastrofie poniosła Wielka Brytania to czy nie nasuwa się jednak na myśl, że to raczej nie oni pomordowali swoich ludzi w samolocie i jeszcze jakiś aktorów, agentów polskich i kurierów. Bo i po co? Jakie korzyści ze śmierci Sikorskiego miała Wielka Brytania? To, że ułatwiła Rosjanom zatuszowanie prawdy o Katyniu na kolejne 50 lat? Rosjanie mieli pewnie setki okazji żeby pozbyć się Sikorskiego i prawdę mówiąc to właśnie Rosjanie najpowszechniej stosowali pozbawienie życia jako sposób usunięcia wrogów politycznych. Dlaczego wszyscy oskarżają Brytyjczyków? Tu właśnie pojawia się kwestia możliwości polskiego wojska i służb specjalnych. Polska armia nie miała możliwości sama przeprowadzić takiej operacji. Brak sprzętu, środków łączności, prawdopodobnie brak w otoczeniu Sikorskiego ludzi gotowych do takiego czynu zmusił ludzi szukających sensacji do włączenia w sprawę Brytyjczyków. Wracają do filmu dokumentalnego Generał zauważyć trzeba, iż Baliszewski opowiada o tym ważnym elemencie, jakim jest otoczenie Sikorskiego w sposób nieskładny i chyba bez dostatecznego zdecydowania. W jednym odcinku twierdzi że Sikorski „....nie ma swoich ludzi. Wystarczy zobaczyć z kogo konstruuje rząd.” aby w kolejnej cześć powiedzieć „Sikorski otaczał się ludźmi oddanymi sobie” i w myśl tej idei zorganizował obóz na wyspie Bute. To jak to jest z otoczeniem Sikorskiego? Może jednak jest tam ktoś, kto wykorzystując luki w procedurze zabezpieczenia samolotu, dopuszcza osoby trzecie do samolotu? Ale dowodów na to nie znajdziemy w odtajnionych dokumentach. Możliwe jest też, że takiej osoby nie ma i tu powstaje problem dla sensacyjnych podejrzeń o przyczyny śmierci gen Sikorskiego bo nie ma jak dostać się do samolotu aby tego sabotażu dokonać. Trzeba więc wymyślić sensacyjną teorię o masowym morderstwie i udziale Brytyjczyków bo inaczej nie zaciekawi się opinii publicznej i nie zarobi pieniędzy.

Analizując dokumenty z okresu po katastrofie zauważyć można wiele analogii do sytuacji po niedawnej katastrofie TU-154 w Smoleńsku. Jak się okazuje to w tak dramatycznych chwilach wszystkim puszczają nerwy i aby jak najszybciej dostarczyć informacje czasem przekazują te niepotwierdzone albo nawet tylko wysnute a nie oficjalne stwierdzone. Tak powstał z pewności mit o niejasnych i nieprawdziwych informacjach płynących z Gibraltaru w potoku depesz dyplomatycznych. Wiele z nich zawierało szczątkowe informacje ale nie miało to na celu dezinformacji ale wynikało z dużego napięcia i szoku jaki towarzyszył zapewne uczestnikom akcji ratunkowej. Dlatego też nie można nikogo winić za podawanie w kilkadziesiąt minut po katastrofie niedokładnych informacji. Tak samo było w przypadku TU-154. Pierwsze informacje mówiły o ponad 130 osobach na pokładzie a i problemem było ustalenie kompletnej i prawdziwej listy pasażerów. W 1943 roku do akcji ratunkowej ruszają zwykli żołnierze siedzący na plaży, podchmieleni zapewne alkoholem, ponieważ 4 lipca odbywały się obchody amerykańskiego święta niepodległości. To czy można ich winić za podanie może niecałkowicie zgodnej z prawda informacji? Może właśnie dlatego, iż członkowie komisji uważali, że ci żołnierze mogli być pod wpływem alkoholu, dlatego ich nie przesłuchiwano?

Po upływie blisko 70ciu lat od katastrofy ciężko ustalić prawdę i przyznam szczerze że podziwiam ludzi, którzy pomimo upływu lat próbują badać sprawę a jaszcze przy tym poddawać pod wątpliwość zachowane szczątki dokumentów i materiałów dowodowych. Przeprowadzone w 1969 roku i później dochodzenie miało największe szanse na ujawnienie jakiś nieznanych faktów czy dokumentów. Była wtedy jeszcze szansa porozmawiania z żyjącymi świadkami. Obecnie takiej możliwości już nie ma i jakiekolwiek dochodzenie nie może zaistnieć. Wszystkie teorie wysnute ówcześnie to tylko spekulacje i nie odważyłabym się oskarżać konkretnych osób z podaniem ich nazwisk. Takie praktyki są karalne. Bezpodstawne oskarżenie kogokolwiek o zabójstwo to bardzo nierozsądna postawa, na którą poważny historyk sobie nie pozwoli. Dariusz Baliszewski bazuje na tym, iż większość osób wymienionych w filmie już nie żyje i nie obawia się on z ich strony jakiegokolwiek działania. Ale czy historyk powinien zarzucać konkretnym ludziom tak negatywne działanie w chwili, kiedy żyje sobie w wolnym kraju i przez całe swoje życie nie poznał grozy wojny? Nie wiem czy my, pokolenia powojenne, mamy prawo, bez niezbitych dowodów, oskarżać kogokolwiek o czyny niezgodne z prawem dokonane w czasie wojny? W czasie wojny istnieją inne zasady a ponieważ my nigdy nie narażaliśmy swojego życia to czy mamy prawo osądzać innych bez mocnych dowodów? A dowodów w sprawie zamachu na życie Sikorskiego nie ma. Są tylko poszlaki, które z upływem czasu rozmywają się i nie można ich nawet już w tej chwili klarownie przedstawić. Jedynym dowodem na zaistnienie sabotażu jest fakt, iż ani w 1943 ani w 1969 roku nie został ten wątek należycie zbadany i ewentualnie wyjaśniony. Ale to nie powód, aby bezkarnie nadużywać czyjegoś nazwiska lub naskakiwać na rządy państw i ich polityków.

 

Może czas zostawić w spokoju gen Sikorskiego i pozwolić mu na wieczny spoczynek w wolnej od dalszych mistyfikacji i zakłamywania historii Polsce.

 

Agnieszka Bramreja Mazur

Londyn , 23.06.2010