

Przygoda z górami jeszcze się nie zakończyła,
choć tym razem to one mnie pokonały
Pewnie niektórzy pamiętają moją ubiegłoroczną wycieczkę w góry. Mogę tylko przypuszczać, że wielu pomyślało o mnie jak o jakimś wariacie. No bo i jak można określić osobę, która oddała swe serce żeglarstwu a nagle, po 15tu latach przygody z żaglami wyrusza w góry? Jeżeli ktoś mnie tak pomyślał to muszę mu przyznać rację. To było wariactwo i chociaż weszłam na Giewont, zdobyłam szczyt, na który nie łatwo wejść od strony czarnego szlaku, to jednak czułam, że coś było nie tak. Coś we mnie samej powodowało, że nie czułam się do końca usatysfakcjonowana.
Przygotowanie:
Po powrocie do Anglii przemyślałam sobie wszystko od początku i wyciągnęłam wnioski. Uznałam, że byłam źle przygotowana do tej wyprawy. Nie przyłożyłam się do prawidłowego zaplanowania, zaopatrzenia i rozłożenia sił. Może było to skutkiem braku doświadczenia – w końcu przecież nie chodziłam po górach do tej pory - a może po prostu zlekceważyłam pewne rady, które czytałam na stronach internetowych i w przewodnikach. Jakie to by nie były przyczyny przyznałam się przed sobą samą, że ani moje przygotowanie nazwijmy to techniczne ani fizyczne nie było wystarczające, aby móc taką wyprawę przebyć nie narażając się na skutki w postaci opuchlizny z powodu zatrzymania wody w organizmie i obdartych do krwi stóp. Kiedy przeanalizowałam wszystkie swoje błędy postanowiłam zmierzyć się jeszcze raz z górą. Jako następny cel wybrałam Rysy. Wiem co powiecie – znowu wariactwo ! Nie moi mili. Tym razem wiedziałam, co robię i na co się porywam.
Wyprawę zaplanowałam bardzo starannie. Sprawdziłam pogodę w górach w poprzednich latach i postanowiłam, że najlepszym okresem na wejście na Rysy (biorąc pod uwagę możliwości mojego urlopu i warunki pogodowe) będzie okres wiosenny lub letni. Mój wybór padł na czerwiec – spowodowane to było również moimi możliwościami finansowymi – w tym okresie pobyt w Zakopanym nie wymaga posiadania wielkiego portfela a jest już na tyle ciepło żeby nie musieć martwić się kaprysami pogody. To założenie okazało się złudne, ale o tym później.
Kiedy już podjęłam decyzję gdzie się wybieram i kiedy postanowiłam sporządzić
listę co jeszcze ostatnio nie było w porządku. Jednym z najważniejszych punktów i za razem najtrudniejszym do rozwiązania problemem okazała się kondycja fizyczna. Zbyt wiele kilogramów, zła dieta i za mało ruchu spowodowało, że kilkugodzinny marsz, jaki miałam przed sobą, z góry był skazany na niepowodzenie. Zabrała się za siebie. Zapisałam się jesienią na basen i saunę. Regularnie 2 lub 3 razy w tygodniu chodziłam powalczyć o głębszy oddech w marszu i mniej potu na czole. Porzuciłam autobus i od metra do domu chodziłam pieszo. Tak samo gdy szłam do sklepu i wracałam obładowana plecakiem. W ogóle szukałam okazji by więcej chodzić – w parku, w pracy czy w wolne dni wybierałam pieszą wędrówkę zamiast podjechać sobie 2-3 przystanki autobusem.
Tak, więc zarezerwowałam hotel i lot do Polski. Jak się okazało mój wybór zbiegł się z długim weekendem w Polsce i cena biletu okazała się dość wysoka, ale zrekompensowałam to tanim noclegiem ponownie w pensjonacie Orawa, który ciepło wspominam z ubiegłorocznego pobytu.
Wraz z Bezanem przygotowaliśmy prowiant – żywność energetyczną – batoniki z długim terminem ważności, małe ale wysokokaloryczne i dużą ilością witaminy B. Ponadto przed wyjazdem Bezan kupił mi prezent – apteczkę z wyposażeniem – dużo plastrów i okrywę termoizolacyjną.
Do tego nasz budżet świetnie podreperowała mama, która przygotowała dla nas pieczone mięsko i górę racuchów z rabarbarem na prowiant. Na miejscu zakupiłam wodę mineralną i słodki sok na drogę. Prowiant był świetnie przygotowany i zróżnicowany, co zapewniało mi energię na całe 11-12 godzin wyprawy – tyle zakładałam będzie mi potrzebne aby z Zakopanego dotrzeć na Rysy i z powrotem przez Morskie Oko i Czarny Staw. Rozważałam nocleg w schronisku, ale nie było możliwości rezerwacji noclegu – w tym czasie ekipa TVN kręciła tam sceny do któregoś z seriali. Jednak te 12 godzin mnie nie przestraszyły w końcu część z tego czasu będzie w busie do i z Zakopanego.
Przed wyjazdem z dumą stwierdziłam, że zrzuciłam kilka zbędnych fałdek
tłuszczyku i moje nogi stały się silniejsze. Jeszcze sprawdziłam możliwe przyczyny zatrzymania wody w organizmie – bardzo się tego bałam. W ubiegłym roku bardzo mi to dokuczyło, ponieważ jednym z powodów moich obdartych do krwi stóp był ich obrzęk. Okazało się, że prawdopodobnie zbiegły się 3 przyczyny – za krótko aklimatyzowałam się w górach, za szybko po locie samolotem ponownie wyszłam na dużą wysokość gdzie zmienia się ciśnienie oraz temperatura powietrza była bardzo wysoka. Te czynniki mogły przyczynić się do mojej dolegliwości. No cóż, tego wtedy nie wiedziałam. W tym roku już mądrzejsza o tamte doświadczenia wydłużyłam pobyt w Zakopanem by móc lepiej wypocząć i na Rysy wybrałam się w drugim dniu pobytu w Zakopanem czyli trzecim dniu po przylocie do Polski. Ponadto w między czasie wjechałam na Kasprowy Wierch (o tym w osobnym artykule) i tam aklimatyzowałam się do warunków.
To wszystko złożył się na moje świetne samopoczucie ponieważ uważałam ,że ze swojej strony dołożyłam wszelkich starań, aby tym razem osiągnąć cel z dużo mniejszym wysiłkiem i tym samym większą satysfakcją. Skąd mogłam wiedzieć że góra mnie zaskoczy i w rezultacie pokona? Wprawdzie przed wyjazdem słyszałam że warunki w Tatrach Wysokich są trudne ponieważ dwa tygodnie przed moim wyjazdem spadł śnieg a temperatura była dość niska i część śniegu zalegała w wysokich partiach ale jeszcze nie rozumiałam dokładnie co to znaczy. Przecież jak się ma porządne buty z grubą podeszwą z protektorem to po śniegu się da chodzić. Nic bardziej mylnego. Znów moja nie pełna wiedza kosztowała mnie nowe doznania – tym razem doznanie poraszki.
W Zakopanem:
Do Zakopanego przyjechałyśmy tak samo autobusem PKS Katowice. Autobus, podobnie jak w ubiegłym roku, zalatywał PRLem i nie jestem pewna ale ten to chyba jeszcze pamięta jak na trasach kursowały poczciwe „ogórasy”. Ale kierowca pewnie prowadził autko i nie zważał na dość strome podjazdy. Kiedy jednak zobaczyłyśmy zarys Tatr na horyzoncie poczułyśmy niepokój. Szczyty pokryte śniegiem wyglądały pięknie
ale tego śniegu to było ciut za dużo jak na połowę czerwca. Ups, coś tu chyba nie pasuje do mojego planu. Padający deszcz i dość niska temperatura też nie wróżyły
niczego dobrego. Po dojściu do pensjonatu Orawa i załatwieniu formalności udałyśmy się na spacer po Krupówkach. Wszyscy w około mówili, że to jeden za najbrzydszych czerwców w Zakopanem. Zimno, deszcz i śnieg, pochmurno. Nie pocieszało mnie to ale skoro już tu jestem to trzeba stawić czoła wyzwaniu. Mama na Krupówkach ubiła targ z jednym z handlarzy i teraz w naszym domu możemy cieszyć się miękką, puszystą skórą z owcy na fotelach. Wieczorem sprawdziłam prognozę pogody. Zapowiadano poprawę i to znaczną – chociaż na krótko.
.JPG)
Więcej zdjęć tu
Zaświeciła nutka nadziei, że powć tu tórzy się moje szczęście z ubiegłego roku kiedy to na czas naszego majowego pobytu na jeden dosłownie dzień wyszło przepiękne słońce i weszłam wtedy na Giewont w palącym słońcu. Tak się stał i tym razem – pogoda w niedziele była cudowna – piękne słońce i rosnąca temperatura zapowiadały wspaniały dzień. Postanowiłyśmy wykorzystać go na moją aklimatyzację i pojechać kolejką linową na Kasprowy Wierch.
.JPG)
>>> Więcej o wycieczce na Kasprowy Wierch przeczytacie tutaj wkrótce <<<
.JPG)
Wracając z Kasprowego Wierchu zahaczyłyśmy ponownie o Krupówki. Tu kupiłyśmy sobie kawałek wspaniałego bundza, czyli półproduktu wykorzystywanego w produkcji oscypków. Jest on mniej popularny od tradycyjnego oscypka i mniej znany ale za to doskonały i bogaty we wszystko co powinno być w tradycyjnym produkcie mlecznym czyli wapno i tłuszcz – o tak, to jest pełnotłusty serek i chyba właśnie dlatego taki smaczny. Spałaszowałyśmy blisko pół kilo bundza na kolacje popijając go zimnym, orzeźwiającym Żywcem siedząc na świeżym powietrzu przed pensjonatem. Relaks i odpoczynek, na jaki trzeba sobie zasłużyć.
W między czasie sprawdziłam też dojazdy z Zakopanego do Palenicy i okazało się że nie wygląda to dobrze. Najwcześniejszy bus jeżdżący wg. Rozkładu w tym okresie odjeżdżał po 7.00 to bardzo przesuwało mój plan – chciałam wyruszyć z Zakopanego najpóźniej o 6.00 rano, ale była szansa, że pojedzie prywatny przewoźnik. Dowiedziałam się też, że na drodze do Morskiego Oka prowadzone są roboty drogowe i że trzeba będzie wybrać jakąś alternatywną drogę. To wszystko znacznie zmieniało mój rozkład czasowy ale nie zraziło mnie to. Po prostu później wrócę do ośrodka niż zakładałam.
Droga na Rysy:
Pomimo iż znałam rozkłady jazdy autobusów, licząc na łut szczęścia wyruszyłam z ośrodka przed 6.00 rano. Pogoda była fantastycznie cudowna – słoneczko wschodziło powoli, temperatura rosła z godziny na godzinę, ale z prognoz wiedziałam, że nie będzie upału i że w nocy się będzie chmurzyć a może znów zacząć padać. Spakowany dzień wcześniej plecak zarzuciłam na plecy i ruszyłam w drogę. Tak jak się spodziewałam przed siódmą przyjechał prywatny bus i chwilę po 7.00 wyjechaliśmy w kierunku Palenicy. Na miejscu znalazłam się długo przed 8.00. Kupiłam bilecik do Tatrzańskiego Parku Narodowego i w drogę. Pani sprzedająca mi bilet powiedziała, że droga jest zamknięta ale po południu, jak drogowcy skończą pracę to można spokojnie wracać drogą asfaltową teraz jednak będziemy musieli przejść szlakiem zielonym przez Dolinę Rostoki. Super myślę, w kończu każdy z nas pamięta przygody koziołka z Doliny Rostoki z lektury, którą czytaliśmy w podstawówce. Poza tym czas przejścia do Morskiego Oka nie zwiększał się z tego powodu więc mówię sobie – Dobrze jest! Będzie rozgrzewka przed Rysami!
Kiedy dotarłam do schroniska w Dolinie Rostoki przeleciałam przez polanę nie zatrzymując się nawet na chwilę by nie tracić czasu. Nad samą jednak Doliną Roztoki zatrzymałam się na chwilkę by zrobić kilka fotek. Piękne miejsce i cudny widok napawał mnie optymizmem i dodawał siły. Nogi już
przyzwyczaiły się do marszu i teraz sprężyście pracujące mięśnie niosły mnie w górę. W chwilę później dotarłam do miejsca, gdzie droga asfaltowa łączy się z zielonym szlakiem i teraz już za czerwonymi znakami w górę do samych Rysów. Oczywiście wybieram przejścia dla pieszych turystów a nie idę za asfaltową drogą. Skróty czasem strome dostarczają wiele frajdy. Staram się utrzymać tempo i w rezultacie docieram nad Morskie Oko o godzinie 9.40 czyli 20 minut przed przewidywanym czasem dla pieszych turystów. To mnie bardzo cieszy – moja kondycja okazała się bardzo dobra i nie było obawy o przeforsowanie organizmu. Tu, korzystając z chwili wolnego czasu przysiadam na chwilę by przerzuć żelowy batonik energetyczny. W smaku są całkiem niezłe – bardzo słodkie ale największą ich wadą jest to że są bardzo małe. W dłuższym okresie czasu okazuje się że zaczynam odczuwać brak odruchu żucia, przeżuwania pokarmu. Ponadto powodują lekką zgagę i nawet duża dawka wody nie wystarcza. Ponieważ próbowałam ich wcześniej wiedziałam o tej wadzie i miałam ze sobą pastylki wapna do ssania. Dwie wystarczyły, aby nieprzyjemnie uczucie pieczenia w gardle znikło. Po krótkim oddechu ruszam w dalszą drogę – następny przystanek nad Czarnym Stawem.
.JPG)
.JPG)
Więcej zdjęć tu
Po drodze wzdłuż brzegu troszeczkę przyglądam się przyrodzie i podziwiam widok na błękitną taflę jeziora kontrastującą z surowością skał i śniegu. Nagle słyszę szmer! Spoglądam w stronę z której dobiegał i … coś rusza się wśród krzaków ?!? Kieruję w tę stronę obiektyw aparatu i strzelam fotkę sarence skubiącej sobie listki. Ona się w ogóle nie spłoszyła i miała chyba ważniejsze sprawy niż pozowanie do zdjęć, więc schowała się za krzaczek sięgając po nową gałązkę. Zostawiłam ją w spokoju i poszłam dalej. Skacząc z kamyka na kamyk podeszłam pod wodospad, za którym już widziałam szlak na górę do Czarnego Stawu. Nie jest to łatwa wędrówka. Trwa niecałe 30 minut, ale podejście jest strome i trzeba uważać na kamienie, które czasem usuwają się spod nóg. Wchodząc na górę zwróciłam się do tyłu żeby spojrzeć na Morskie Oko i zauważyłam, że na niebie zaczyna się chmurzyć. No cóż, to jeszcze nie
tragedia. Po kilku minutach znalazłam się nad brzegiem Czarnego Stawu. Nieopodal miejsca gdzie przysiadłam na chwilkę aby wyrównać oddech siedziała grupka turystów, którzy właśnie spostrzegli gdzieś swoich kolegów i z radością stwierdzili że oni już wracają. Skąd pomyślałam? Chyba nie z Rysów? Dalej z rozmowy wywnioskowałam, że wyszki jakieś20-30 minut temu i już wracają. O co chodzi? Ale kiedy przyjrzałam się lepiej skąd wracają zrozumiałam wszystko. Zauważyłam szlak wydeptany w śniegu zalegającym na stokach i zrozumiałam dlaczego wracają. Niestety, aby w
tych warunkach wejść na szczyt trzeba było mieć zimowy
sprzęt (raki i czekan) a najlepiej wchodzi z kimś do asekuracji. Samotne wejście byłoby zbyt ryzykowne. Chwilkę później, kiedy już zdecydowałam, że muszę sobie darować dalszą wędrówkę, poszłam na szlak żeby zobaczyć ten nieszczęsny śnieg. Muszę przyznać, że to jeden z najpaskudniejszych widoków – już stoję na właściwej drodze ze sporym zapasem sił a pod nogami mielą się drobne jak ziarenka piasku grudki i nie pozwalają twardo i zdecydowanie stanąć stopą. Poza tym jest jeszcze problem podmytych przez zlewającą się do stawu z górnych partii gór wodą. Wymywa ona śnieg między kamieniami tworząc ukryte dziury dość niebezpieczne. Utwierdziłam się co do słuszności mojej decyzji i już z lżejszym sercem postanowiłam zejść powrotem do Palenicy.
.JPG)
.jpg)
Więcej zdjęć tu
W drodze powrotnej, w okolicy Doliny Rostoki spotkałam dwóch przemiłych Panów podążających do Schroniska na Morskim Okiem. Ucięliśmy sobie pogawędkę na szlaku. Opowiedzieli mi jak jeden z nich prawie zagubił się w zamieci próbując zimowego wejścia na Morskie Oko. Tak dobrze nam się rozmawiało że poczułam, iż w górach ludzie – ci prawdziwi turyści górscy – mają bardzo podobne zasady współżycia jak prawdziwi żeglarze. To chyba natura wszystkich środowisk, w których ludzie ścierają się z niebezpieczeństwami i siłami natury. Najbardziej cieszyło mnie to, że pomimo iż nie jestem wytrawnym, doświadczonym taternikiem zostałam jakoś zaakceptowana i nawet proszono mnie do przyłączenia się do ich wyprawy – zamierzali następnego dnia wejść na Rysy i mam nadzieję że im się udało – oni mieli odpowiedni sprzęt J Jednak nie mogłam się do nich przyłączyć więc obiecałam że za ich powodzenie wypiję piwo w schronisku w Dolinie Rostoki, które zresztą sami mi zachwalali. Tak więc w schronisku zrobiłam sobie dłuższy postój przy kufelku zimnego piwka po czym wyruszyłam w drogę powrotną do Zakopanego. Autobus z Palenicy odjechał zaraz po 17tej i jeszcze tego wieczoru spacerowałam z mamą po Zakopanym.
.JPG)
Muszę przyznać, iż bardzo chciałam wejść na Rysy, ale pomimo poraszki w tym przedsięwzięciu nie czuję się pokonana. Nigdy do tej pory nie byłam nad Morskim Okiem. Znam wiele osób, które nie były nigdy nad Czarnym Stawem. Cieszę się, że nie udało mi się wejść na Rysy bo to zawsze będzie pretekst do kolejnej wyprawy a chętnie odwiedzę jeszcze raz piękne okolice Czarnego Stawu i spojrzę z góry na Morskie Oko by podziwiać czystość wody i surowość stał Tatr Wysokich.
Bramreja
13-15 lipiec 2009