![]()
|
||||||||||||||
---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|---|
|
Dwa razy na s/y Fryderyk Chopin.
Londyn 02.07.2010.
Wczoraj wyczytałem w Internecie, że we wrześniu bieżącego roku zawita do Londynu, przepiękny polski żaglowiec s/y Fryderyk Chopin. Łza wspomnień zakręciła się w oku i skłoniła do napisania kolejnej części „Halsowania”. Tak się, bowiem złożyło, że dokładnie 15-scie lat temu, mieliśmy wraz z Bramreją niezwykłą przyjemność pływania na pokładzie Fryderyka. A że wiąże się z tym kilka ciekawych przygód, więc zapraszam do lektury.
Cofnijmy się, zatem do roku 1995. Gospodarcza wolność z pierwszych lat transformacji ustrojowej 1989r, powoli się kończy. Pojawia się coraz więcej urzędniczych ograniczeń. Pozwolenia, koncesje, dopuszczenia i takie tam sztuczne bariery, które miały na celu udowadnianie, że urzędy są potrzebne, a zatrudnieni tam ludzie mają co robić. Opisywana w przeszłości spółka Polsko-Rosyjska TOPGAS, która wybudowała ogromną i super nowoczesną stację przeładunku gazów płynnych w Sosnowcu Cieślach, utknęła w gąszczu biurokratycznych przepisów i korupcyjnej gmatwaninie zależności. Wynikiem czego, gotowa do użytku stacja została zamknięta, a nawet odcięta od dróg dojazdu. Jeden z umoczonych burmistrzów miasta Sławkowa, uciekł i ukrywał się dosłownie przed wszystkimi. Ścigała go mafia, sądy i komornicy. Ponad dziesięć milionów dolarów, które Rosjanie włożyli na uruchomienie gazowego interesu, zostało zaprzepaszczone. Dobrze pamiętam te wydarzenia, bo sam miałem tam pracować. Nasza przygoda z rejsami na Fryderyku Chopinie, zaczęła się pośrednio od kłopotów firmy TOPGAS. Spółka miała siedzibę w Warszawie, chcąc nie chcąc trzeba było się udawać dość często do siedziby zarządu. Uzgodnienia, konsultacje, a dla mnie zasadniczo konwoje gotówki, ważnych urządzeń lub zabezpieczanie wizyt przeróżnych gości, były częstym powodem odwiedzania stolicy. Bardzo wczesną wiosną 1995r, w celach służbowych do Warszawy pojechał mój ojciec, a że pogoda była fajna, to zabrał on Bramreje na taką swoistą wycieczkę. Jak to zwykle bywa, wizyta w zarządzie długo nie trwała. Kilka uzgodnień, papierków, podpisów i dalej wolny czas na zwiedzanie stolicy. I czasie takiego spaceru, w oczy młodej sterniczki jachtowej Agnieszki Mazur, rzucił się plakat Fundacji Międzynarodowa Szkoła pod Żaglami. Był to śliczny plakat! Z ogromnym żaglowcem w pełnej krasie na tle zachodzącego słońca /dwa takie plakaty podarowałem w latach późniejszych klubowi KSW Fregata, uświetniały salkę wykładową/. Z informacji wynikało, że Fundacja Międzynarodowa Szkoła pod Żaglami, prowadzić będzie w sezonie kilkanaście krótkich rejsów po Bałtyku na pokładzie pełno-rejowego żaglowca s/y Fryderyk Chopin. Wszelkie informacje udzielane są w siedzibie, o ile mnie pamięć nie zawodzi, mieszczącej się przy ulicy Zwierzynieckiej. To było nasz marzenie! Rejs na wielkim, prawdziwym żaglowcu! Na którym są rejowe żagle, które wymagają wspinaczki, gdzie można odczuć smak przygody z dawnych dni potęgi żaglowej floty. Znaliśmy to wszystko z książek, szant, filmów, ten plakat spowodował, że marzenie eksplodowało taką siłą w młodzieńczej wyobraźni, że nie było barier, ni przeszkód, które by nas zagradzały od dostania się do załogi. Plakat ten zmienił plany zwiedzania Warszawy! Długim spacerem Agnieszka wraz z ojcem, podążyła do siedziby fundacji, na spotkanie naszej wielkiej przygody. Z samą instytucją Fundacji Międzynarodowa Szkoła pod Żaglami, byliśmy zaznajomieni. To oni organizowali rejsy zatokowe, w których uczestniczyliśmy dwa lata wcześniej. Niemniej jednak, pomimo znajomości, w fundacji spotkał Agę zawód. Regulamin dostania się na pokład nie był prosty. Trzeba było zakupić specjalnie wydane karty pocztowe, zaadresować je na adres fundacji i wysłać. Następnie trzeba było czekać na wielkie losowanie, które odbywało się w czasie żeglarskiego programu w TV /nie pamiętam już nazwy/. Innej drogi nie było! Po powrocie do domu, Bramreja opowiedziała mi całą historie i rozpaliła wyobraźnie. Biegiem poleciałem do kiosku RUCH-u i zakupiłem 30-ści kartek pocztowych z wizerunkiem wymarzonego żaglowca. Podobną ilość kupiła Aga! Na tydzień przed losowaniem dokupiłem kolejne 20-scia, w celu zwiększenia szans wygranej.
W dniu losowania, byliśmy podenerwowani i podnieceni. Wiedzieliśmy, że szanse są nikłe, że takich kartek jest wysłanych setki tysięcy. Ale nadzieja zawsze jest! Na ekranie kapitan Krzysztof Baranowski, morskie opowieści i plany Fundacji Międzynarodowej Szkoły pod Żaglami. Wreszcie moment losowania, czekamy i odliczamy każdego szczęśliwca, który ma już miejsce w rejsie. Losowanie dobiega końca! Niestety, nie znaleźliśmy się w gronie tych szczęśliwców, którym będzie dane przeżyć przygodę życia!!! Nie dla nas wspinaczki po rejach, nie dla nas ręce zdarte od wyciągania brasów i szotów. Jesteśmy zawiedzeni i smutni! Kilka dni po programie i losowaniu Agnieszka dzwoni do fundacji. Dopytujemy się o miejsca rezerwowe, lub inne szanse dostania się do załogi. Niestety wczesną wiosną 1995r, nic nie wskazywało na to, że ten sezon będzie jednym z najbardziej ekscytujących w naszym żeglarskim życiu. Wracamy do zwykłych codziennych obowiązków. Bramreja do walki z kabelkami w Technikum Elektronicznym, a ja pracy w barwach przegranego TOPGAS-u, którego konanie potrwa jeszcze do 1996r. Z czasem zapomnieliśmy o wielkim zawodzie związanym z kartkami i losowaniem. Marzenie o żaglowcu odwiesiliśmy na półkę, jak i wiele innych, które może kiedyś doczekają się realizacji.
Wszystko zmieniła biała koperta, którą listonosz wrzucił do naszej skrzynki pocztowej! Był to list z Fundacji Międzynarodowej Szkoły pod Żaglami, podpisany przez samego kapitana Krzysztofa Baranowskiego, z zaproszeniem na jeden z rejsów wakacyjnych. Okazało się, że w czasie wakacji żaglowiec nie prowadzi rejsów szkolnych. Można, więc było zorganizować wyprawy dla takich pasjonatów jak my. Nieopisana była nasza radość! Formalności załatwialiśmy w iście sprinterskim stylu. Telefony z potwierdzeniem terminu, przelewy kasy, zakup waluty. Termin rejsu wyznaczony na 30.06.1995r, zbliżał się wielkimi krokami, a my z niecierpliwością odliczaliśmy każdy dzień. Oczywiście w międzyczasie odwiedzaliśmy poczciwą Pogorię i nasz macierzysty klub KSW Hutnik, jednak ten sezon w przeciwieństwie do następnych, stał pod kątem morskiej przygody i to przez duże M!
Trzeba tu wspomnieć również o samym żaglowcu. S/Y Fryderyk Chopin, jest kolejnym żaglowcem, jaki powstał z pasji i uporu kapitana Krzysztofa Baranowskiego. Ten piękny, smukły bryg został zaprojektowany i wykonany dokładnie na potrzeby Szkoły na Morzu, czyli idei połączenia prowadzenia zajęć szkolnych i rejsu morskiego. W rezultacie dawało, to znakomite efekty wychowawcze. Pomysł, który powstał w Polsce, przejęły wkrótce inne kraje, a zwłaszcza Kanada. Obecnie to Kanadyjczycy są potęgę w tym systemie wychowania młodzieży. Stało się tak za sprawą środków materialnych, które oni mieli i na potrzeby szkoły pod żaglami wyłożyli. U nas zamęty dziejowe złamały działania Bractwa Żelaznej Szekli i doprowadziły do odebrania młodzieży możliwości pływania na Pogorii, poprzedniczce Fryderyka. Powstanie nowego żaglowca miało wskrzesić tą działalność, na zupełnie nowych demokratycznych prawach i relacjach.
Oczywiście wszystko poszło nie tak! Kto pamięta realia początku lat 90-tych będzie rozumiał o czym piszę. Był to taki okres, w którym żyła jeszcze idea czynów społecznych, bezinteresownej pomocy dla celów wyższych /wychowanie młodzieży/, ale pan kapitalizm mocno chwytał za gardło, narzucając wszystkim szczegółowe rozliczenia pieniężne. Jakimś cudem ostatniego tchnienia socjalizmu, udało się zgromadzić dużą ilość materiału w ramach darów. Huta Częstochowa, dała blachy na kadłub, ktoś inny liny, a zupełnie ktoś inny farby. Niestety za budowę trzeba było zapłacić gotówką!!! To już nie czas zobowiązań brygad roboczych, lecz twardych umów. Tej gotóweczki oczywiście brakowało. Fundacja wzięła, więc pożyczkę z banku, która miała być spłacona wpływami z czarterów i rejsów. I w tym miejscu nastąpił jeden z paradoksów dziejowych ówczesnej rzeczywistości. Otóż bank pożyczki udzielił. Podpisana została stosowna umowa i obliczono raty i odsetki. Ale w Najjaśniejszej Pomrocznej /dziwna przypadłość syna Prezydenta RP/, zebrało się w sejmie zgromadzenie i ustaliło ustawowe zwiększenie odsetek, nawet od podpisanych już wcześniej umów!!! Doprowadziło, to do ruiny tysiące gospodarstw wiejskich i masę przedsiębiorców. Jedną z ofiar stała się też Fundacja Międzynarodowa Szkoła pod Żaglami. Po prostu odsetki przewyższyły wpływy, obliczane według zupełnie innych założeń finansowej rzeczywistości. Doprowadziło, to do tego, że fundacja zaciągnęła kolejny kredyt, by móc spłacić ten poprzedni. Po tej decyzji wypadki potoczyły się, już bardzo szybko. O tym jednak dowiedzieliśmy się dopiero na pokładzie. Sam żaglowiec i cel jego przeznaczenia, czyli rejsy z młodzieżą przy szczątkowej załodze stałej, wzbudził kontrowersje ogólną w wodniackim środowisku. Urząd Morski, stwierdził, że maszty są za wysokie i jest realna groźba, że nastąpi regularna wywrotka jednostki. Natomiast PZŻ, wystąpił ze stanowiskiem, że ożaglowanie rejowe, jest zbyt niebezpieczne dla młodzieży. Na te maszty i tak już za wysokie, trzeba będzie się wspinać w celu obsługiwania żagli. Zaś PZŻ nie chce mieć nic wspólnego z tragediom masowo spadających z rej młodzieniaszków, co to im się zachciało morskiej przygody. Kapitan Baranowski, musiał się nabiegać i natłumaczyć. Ostatecznie maszty zostały, a młodzież wyszła na morze. Żaglowiec się nie wywrócił, a młodzi ludzie dość dobrze trzymali się lin. Nikt nie spadł, a wchodzenie na reje okazało się największą przygodą, jaką można było sobie wyobrazić.
Worki żeglarskie już spakowane! Siadamy w Katowicach do pociągu i ruszamy w drogę do Szczecina. Tam przy Wałach Chrobrego, czeka nasz Fryderyk. Turkoczą koła wagonu, sennie mija czas podróży. Zmęczeni wychodzimy na dworzec w Szczecinie. Jest praktycznie świt, 4ta lub 5ta rano. Pytamy o drogę. Morskie powietrze spędza senność i zmęczenie podróżą. Maszerujemy, by jak najszybciej zobaczyć nasz żaglowiec. Wreszcie jest! Stoi przycumowany do nadbrzeża, pilnowany przez wachtę trapową. Wymianę załogi przewidziano na południe, jak informuje nas służba przy trapie, ale można zostawić rzeczy. Wrzucamy worki na pokład dziobowy, jeszcze nie wiemy, że będzie to nasz rejon podczas manewrów. Nasza ekscytacja sięga zenitu. Siadamy na pobliskiej ławce i niby drzemiąc podziwiamy żaglowiec. Port powoli budzi się do życia. Nie wiem o czy myślała wtedy Bramreja, ale ja trochę obawiałem się tego ogromnego żaglowca. Tysiące lin, setki nazw, zupełnie obce manewry i wchodzenie na reje. W głowie zakołata się myśl, że może to za wielkie wyzwanie?! Że może na to jeszcze za wcześnie?! Że może zawrócić?! Zostaliśmy!!! I przeżyliśmy niezwykły rejs z niezwykłymi ludźmi, na pokładzie niezwykłego statku. Był sztorm, były trudności w wejściu do portu, była wściekła praca i radość i uśmiech. Wszystko to w kolejnej odsłonie „Halsowania”. Zatem już chwytam klawiaturę i piszę kolejną cześć przygody na S/Y Fryderyk Chopin!
Tomasz Bezan Mazur.
|
|